|
 Z Markiem Laskowskim, prezesem warszawskiego klubu „Progresja” o muzyce, muzycznej edukacji oraz dlaczego MySpace jest niebezpieczny rozmawia Maciej Maląg.
W ciągu ostatnich kilku lat Progresja mocno zarysowała się na rockowo-metalowej mapie Warszawy i Polski. Jak doszło do jej powstania? Zawsze chciałeś mieć klub?
Nie. Przez wiele lat nie było tego tematu. Po upadku systemu byłem szczęśliwym handlowcem. Jednak, kiedy w połowie lat 90-tych globalizacja dotknęła Polskę zauważyłem, że dla takich, nazwijmy to, handlowych freaków jak ja, powoli zaczyna brakować miejsca. Zaczęto mnie ubierać w przepisy, Niemcy – bo to oni kupili Bytom, w którym pracowałem stwierdzili, że muszę nosić garnitury i krawaty, które oni wybiorą – i nie obchodziło ich, że mam jedną z lepszych sprzedaży w kraju. A garnitury nie zawsze idą w parze z rockiem (śmiech). Jeśli się pytasz o samą muzykę, to ona oczywiście była zawsze wokół mnie.
Rzuciłeś pracę i założyłeś klub? To trochę taki „american dream”… I do tego dość idealistyczny.
Pomysł na założenie klubu nie pojawił się od razu. Na pewno nie w takiej formie, w jakiej postrzegamy Progresję dzisiaj. Początkowo chciałem zrobić klub trochę dla siebie i środowiska ludzi mojego pokroju. Ludzi zafascynowanych rockiem, jak nazwa wskazuje, progresywnym i wielkimi tuzami z lat 70-tych. To była muzyka naszej młodości – ona po części nas ukształtowała. Wszyscy byliśmy maniakami Budgie, Nazareth, Pink Floyd, Deep Purple… Wymieniać można by długo.
Początki działalności Progresji kojarzą się jednak z raczkującą wówczas, warszawską sceną deathmetalową.
Niezły paradoks prawda? (śmiech) Szukając lokalu, w którym można było założyć klub wylądowaliśmy na terenach Wojskowej Akademii Technicznej – z którą, podobnie, jak władzami Bemowa doskonale nam się współpracuje. Obecnie to jest nasz drugi lokal – pierwszy po latach okazał się za mały. Wracając do początków – z mojej idei założenia klubu „dla znajomych” niewiele wyszło – większość z nich w klubie była może kilka razy. Ich zapędy zostały zweryfikowane przez życie – praca, rodzina, standard. Zamiast dojrzałych facetów, chcących przy dobrym drinku posłuchać klasycznego rocka w Progresji pojawili się podejrzanie wyglądający (śmiech) młodzi ludzie z zespołów o takich nazwach jak np. Trufet (skrót od Trumienny Fetor – przyp. redakcja), Ben’karty Proboszcza czy Druzgotor, z zapytaniem, czy nie mogliby zagrać. Powiedziałem sobie „czemu nie”? I na pierwsze koncerty przyszło tyle osób, że musiałem po piwo jeździć do pobliskiego TESCO, bo w kranach zabrakło – oni przyprowadzili swoich znajomych i jakoś poszło.
Swojego czasu Progresja była jednym z niewielu klubów, w których nieznane nikomu kapele mogły zagrać na żywo. Teraz trochę się tych klubów pojawiło, a mimo wszystko da się zauważyć specyficzną relację między publicznością a „zarządem”.
No tak. Na pewno. W innych klubach bywalcy na pewno nie malują ścian i nie przerabiają kibli na prysznice (śmiech)… Za co im wszystkim oczywiście bardzo dziękuję. A tak na poważnie – nasze internetowe forum było takim wirtualnym miejscem spotkań warszawskiej sceny metalowej. Kiedy nie było koncertów ludzie wpadali pogadać, wypić piwo czy pograć w piłkarzyki. Oni się wszyscy znali – miałem często wrażenie, że na sali jest pięćset osób, z których każda zna się z każdą. Szybko więc wykształciła się przyjacielska relacja między obsługą klubu, a klientami. Nigdy nie miałem ambicji być szefem klubu rozbijającym się Porsche i zaglądającym do Progresji tylko po to, żeby przybić piątkę z Nazareth czy Volbeat. Myślę, że byliśmy szczerzy i to młodym ludziom się spodobało.
Przez te kilka lat, przez deski Progresji przewinęło się wiele zespołów. Które były szczególnie ważne? Których nie udało się sprowadzić?
Jedną z pierwszych dużych produkcji był występ Budgie. Było to moje szczeniackie marzenie. W latach 70-tych byłem nimi absolutnie zafascynowany. Graliśmy z moimi kolegami ze szkoły ich numery na garnkach i rakietkach od badmintona. I oni zagrali u nas. Było to niesamowite przeżycie. I jednocześnie pierwsza duża produkcja. Potem już nie organizowaliśmy ich koncertów, ponieważ komercyjnie na nim… Powiedzmy, że nie zarobiliśmy (śmiech). Ale mentalnie zwrócił się w stu procentach – spełnienie marzeń jest bezcenne.
A Polskie zespoły?
Jednym z najlepszych strzałów jakie mieliśmy, był Riverside. Z nimi się wiąże dość ciekawa historia, ponieważ dowiedziałem się o nim na naszym słynnym bazarze przy Stadionie Dziesięciolecia. I nie ma to związku z ich płytami (śmiech). Po prostu, gdy przeglądałem jakieś czerwone kruki pewien facet, przeglądający obok ruskie kruki, zagadnął mnie na temat muzyki. Ja oczywiście mogę o niej mówić dniami i nocami. Koniec końców dostałem zaproszenie na koncert, na który oczywiście poszedłem. Grało Riverside, a atmosfera była niesamowita. Zresztą Mitloff – ten od ruskich kruków – zaopiekował się mną i opiekuje do dziś (śmiech). Kolejny koncert grali w Progresji. Ostatni był niesamowity. Podobnie ważny był pierwszy Blitzkrieg. Vader wielokrotnie grał później w Progresji i zawsze było świetnie.
Co się zmieniło przez te wszystkie lata? Rynek koncertowy w Polsce bardzo się otworzył – jest coraz więcej imprez, koncertów czy festiwali z gwiazdorską obsadą…
Przede wszystkim zmienili się ludzie. Obecnie jest ciężej, ale również jest lepiej. Nastąpiła swoista selekcja – już nie ma gwarancji, że będą tłumy. Nawet na koncercie znanego artysty czy zespołu. Przychodzą ci, którzy dokładnie tego chcą. W takich przypadkach powstaje fajne oddziaływanie między muzyką, a publicznością. Smutny jest za to fakt, że dzisiejsza młodzież bardziej się skupia na ocenie strony wizualnej. Jak wygląda klub, bar, cała ta otoczka, która jest przecież tylko dodatkiem dla muzyki.
Zamierzasz zbudować nowy bar?
(śmiech) Nie, a nawet jeśli, to nie jest to moim priorytetem – wolę zainwestować w sprzęt. Obecnie wymieniliśmy praktycznie wszystko. Chcę, żeby brzmienie w Progresji było doskonałe. Już jest się czym pochwalić.
Masz jakiś sposób na przyciągnięcie młodzieży?
Zacznijmy od tego, że idealnym targetem są ludzie w wieku 16-24, czyli uczniowie i studenci. Jak wspominałem wcześniej obecni 18-latkowie, to osoby praktycznie w całości wychowane w epoce cyfrowej. To, co wydało mi się kiedyś nie do pojęcia – deprecjacja płyty CD - stało się faktem. Dzisiejsze pokolenie korzysta z muzyki bardzo wybiorczo. Oczywiście, kiedy rozmawiam z młodzieżą o ich fascynacjach, to wszyscy mówią o kanonach – wymieniają Slayera, Iron Maiden, Black Sabbath, czy Metallicę… Jednak nośniki, na których słuchają tych zespołów są niedopuszczalne. Słynny MySpace spowodował, że młody człowiek nie jest w stanie wysłuchać od początku do końca nawet tych czterech utworów, które się wyświetlają w profilach poszczególnych zespołów. I to jest problem. Wracając zaś do twojego pytania – w moim przekonaniu ludzi do klubu przyciągnąć może tylko dobra muzyka.
Ciekawą ideą są "Otwarte Wtorki". Rzadko się zdarza, że kluby pozwalają grać niesprawdzonym zespołom.
U nas ta idea się jakoś sprawdza. Co prawda zdarza się, że na taki koncert przyjdzie piętnaście osób. Ale dwa tygodnie później przychodzi trzysta – więc suma sumarum wychodzimy jakoś na prostą. Z finansowego punku widzenia nie jest to przedsięwzięcie roku, ale gdzieś młode zespoły muszą stawiać pierwsze kroki.
Trochę idealistyczne podejście…
Bo ja jestem po trochu idealistą. Wierzę w muzykę. Wolę dać szansę młodym artystom niż zgranym płytom – niech stare wygi grają na jarmarkach, sylwestrach i innych galach. Pech w tym, że robią to za nasze pieniądze.
Jak duży wpływ ma to na ogólną kondycję rynku muzycznego w Polsce?
Myślę, że zasadniczy. I przede wszystkim demotywujący. Marzy mi się rozwiązanie skandynawskie.
Czyli?
W takiej Szwecji młode zespoły mają zapewnione praktycznie wszystko – miejsce do grania, sprzęt, nuty, struny. Jest to możliwe dzięki prężnie działającym domom kultury finansowanym przez państwo. I nie ma znaczenia czy grasz pop, jazz czy heavy metal. Jednak, gdy ktoś kończy osiemnaści lat, to kończą mu się przywileje – w świetle prawa jest dorosły, więc niech sam zarabia na swoje muzyczne utrzymanie. U nas proporcje są odwrócone o 180 stopni. Młodych nie stać na instrumenty, nie mają gdzie grać, nie mają za co wejść do studia… A nasze gwiazdy, za nasze pieniądze grają na festynach organizowanych przez samorządy. Nienormalne.
Widzisz jakieś rozwiązania?
Tylko administracyjne. Młode zespoły nie przynoszą zysków, trudno więc wymagać od prywatnych firm inwestowania w nie własnych pieniędzy. Muzyka, podobnie jak cała sztuka jest poniekąd dobrem narodowym. Powinno się w nią inwestować.
Dziękuję za rozmowę.
Maciej Maląg
|