Repertuar Filharmonii Narodowej na luty 2010 rozpocznie koncert 5 lutego, zatytułowany 150. rocznica urodzin Ignacego Jana Paderewskiego.Zapoznaj się z…
Justyna Reczeniedi, solistką Warszawskiej Opery Kameralnej i światowej klasy sopranistka opowiada o miłości do opery, pogoni za sławą i przyszłości muzyki poważnej.
Krytycy muzyczni, zwłaszcza miłośnicy opery, często traktują operetkę z przymrużeniem oka. Z niechęcią stawiają ją pośród innych gatunków muzyki poważnej...
Nie zgadzam się z taką opinią. Ja nie patrzę na operetkę jak na muzykę gorszą czy „muzę podkasaną”. Nie stawiam jej również na równi z operą. To są dwie zupełnie różne dziedziny sztuki. Opera to wielkie przeżycie, reprezentuje taką formę sztuki, gdzie muzyka jest nierozerwalnie związana z bardzo poważną treścią. Dotyka spraw związanych ze śmiercią, z wielką namiętnością, z umieraniem dla kogoś, za coś... To bardzo patetyczne tematy. Jest oczywiście coś takiego jak opera buffa - opera komiczna, która ma widza rozweselić, niemniej jednak w klasycznym rozumieniu opera jest gatunkiem o nieco większym ciężarze emocjonalnym niż operetka. Operetka tego ciężaru gatunkowego nie ma.
Operetka opiera się na bardziej błahej treści. Jest lżejsza i ma to odbicie w warstwie muzycznej. Jest łatwiejsza w odbiorze i dociera do większej ilości osób niż opera. Słuchają jej ludzie, dla których opera jest często za trudna. A do tego moim zdaniem powodem, dla którego operetkę się deprecjonuje są - kiepskie wykonania.
Co powoduje, że operetka jest łatwiejsza w odbiorze?
Do opery trzeba się odpowiednio przygotować. Trzeba przeczytać i wczuć się w libretto... Zobaczyć, o co naprawdę chodzi w „Tosce”, na czym polega jej dramat. Bez znajomości treści, dla nieprzygotowanego słuchacza, opera jest trudna w odbiorze. Na operetkę z kolei możemy przyjść nieprzygotowani i będzie się nam podobało. Muzyka też jest łatwiejsza. Nie chcę oczywiście operetce umniejszać, ale treść wynikająca z prostych spraw życiowych jest chyba bardziej „strawna” dla przeciętnego słuchacza. Nie ma w niej przecież spraw związanych ze śmiercią. Spraw wielkiej wagi. Poza tym operetka to również ruch sceniczny, specyficzna choreografia, kostiumy... Walce i polki, jak u Straussa, Lehara, Kalmana... To wszystko ma nas wpędzić w miły nastrój, a nie wywoływać duchowe katharsis. Dzięki temu jest nam to łatwiej przyswoić - nie musimy użalać się nad losem Carmen czy Tosci...
Lubi Pani operę?
Oczywiście! Choć ja też do opery muszę się przygotować. Mimo, że uczę się muzyki od szóstego roku życia, to ciągle potrzebuję czasu, żeby operę w pełni przyswoić. Im bardziej słucham, tym bardziej mi się podoba. Opera wciąż otwiera przede mną nowe horyzonty...
Czego Pani słucha przygotowując się do roli?
Moich nagrań... Poważnie (śmiech). Nagrywam się i tego słucham. Jak mam możliwość, to słucham oczywiście innych sopranistek, ale bardzo często się zdarza, że nie mam pod ręką dobrego wykonania, lub wykonania w ogóle. Obecnie przygotowuję się do roli Eugenii w "Il filosofo di Campagna". To lekka włoska opera, skomponowana w XVIII wieku przez Galuppiego. Jest bardzo rzadko śpiewana, więc nie mam żadnych wzorów. Dlatego przede wszystkim szukam w sobie. Mam oczywiście swoje idolki. W tej chwili Anna Netrebko. Wielka gwiazda. Podziwiam ją i za głos i za to, że dotarła do mediów. Oczywiście jest też moja ukochana Maria Callas. Ona była niesamowita i szkoda wielka się stała dla muzyki, że musiała tak szybko skończyć karierę.
Wielkie gwiazdy są często krytykowane przez konserwatystów. Zarzuca im się pogoń za sławą. Doświadczyli tego i Anna Netrebko i Jose Cura. Zwłaszcza Rosjance zarzuca się pozycję celebrity.
Moim zdaniem wynika to albo z głupoty, albo z zazdrości... Albo z jednego i drugiego. Wiadomo, że każdemu może się przytrafić gorszy dzień, mniej ciekawe nagranie czy tzw. chałtura, ale nie zmienia to faktu, że obydwoje – Netrebko i Cura są świetni. Ich płyty są nagrane perfekcyjnie. Aparycja również w niczym nie wadzi. Wręcz przeciwnie. Utarło się kiedyś, że śpiewaczka musi być gruba, a to nieprawda. Głos przecież wydobywa się z przepony.
Co skłoniło Panią do wyboru operetki?
To, że operetka jest śliczna. Ona się broni - jeśli jest dobrze wykonana, dopracowana i szczera oczywiście. Chodzi w niej o oddanie piękna, tej wiedeńskiej elegancji - o czym się często zapomina.
Aż tyle jest złych wykonań?
Aż tyle. I ma to niestety wpływ na negatywny często odbiór operetki. Rozmawiałam z moimi kolegami i stwierdziliśmy, że można tym zrazić ludzi do opery i operetki doszczętnie. Wykonania często są tak skandaliczne i ohydne, że uszy trzeba zatykać. Z drugiej strony, jak jest coś ładnie przedstawione, to swobodnie można oczekiwać, że ludziom się spodoba.
Jak wygląda pozycja operetki i opery w mediach, gdzie być albo nie być artystów często zależy od bulwarówek i serwisów plotkarskich?
Margines. Totalny margines w mediach. Przyczyn może być wiele. Główną jest oczywiście mała medialność. Z drugiej strony nie wiedzieć czemu „Halka” jest grana na scenie przez bardzo dojrzałe panie z nieciekawą fizjonomią. A przecież Halka to młoda dziewczyna. Świetnie ją np. śpiewa Aleksandra Chacińska, ale to kropla w morzu potrzeb. Z drugiej strony natury nie da się oszukać. Fajnie by było, gdyby dać szansę pięknym i młodym, ale oni też niestety mają swoje braki, po prostu nie wiedzą wszystkiego o operze. Jest to gatunek bardzo wymagający, a głos potrzebuje lat praktyki, żeby dojrzeć. Wydaje mi się, że dopiero po trzydziestce nabiera najpiękniejszej barwy. Przynajmniej u mnie - ja się cały czas rozwijam i uczę - mam swoją maestrę - Jagnę Sokorską-Kwika. Teraz jestem w 1/3 drogi, dlatego nie jestem pewna czy bardzo młodzi śpiewacy są w stanie udźwignąć ciężar grania głównych ról operowych.
Ile czasu uczy się Pani roli?
To zależy. Obecnie uczę się roli Eugenii we wspomnianym wcześniej "Il filosofo di Campagna". Czytam nuty, nagrywam się i to asymiluję. Czy robię pranie, czy bawię się z kotem, czy jem obiad z mężem cały czas mam to gdzieś w głowie. Najwięcej problemów jest z tekstami, ponieważ najczęściej są w obcych językach - tak jak włoski w tym przypadku. Nie jest to mój ojczysty język i muszę go szlifować, żeby dobrze fonetycznie i pamięciowo ogarnąć tekst. Nie bez powodu najlepsi śpiewacy znają kilka języków. Ile czasu mi to zajmuje? Powiem tak - ostatnio musiałam to zrobić w dwa tygodnie i bolało (śmiech). Ale zrobiłam.
Pani nadchodząca płyta, zatytułowana "Szczęśliwi" miesza operę z poezją śpiewaną. Jest to dość odważna koncepcja. Wydaje się bowiem być mało komercyjna.
A ja mam nadzieję, że bardzo komercyjna.
Dlaczego sopran i poezja?
Sopran, ponieważ jestem sopranistką – po prostu, a poezja śpiewana, bo jestem również filologiem i kocham literaturę. Sama trochę piszę, ale nie wiersze oczywiście, bo nie mam za grosz talentu. Raczej prozę...
Jak wygląda w takim razie warstwa tekstowa na albumie?
To będzie kompilacja, w której powstaniu wielki udział miał Jerzy Cembrzyński, któremu chciałam podziękować za cudowną muzykę. Na płycie znajduje się utwór z tekstem, który napisał zamordowany w czasie wojny domowej w Hiszpanii, Frederico Garcia Lorca. Będzie "Ballada o łące" Ernesta Brylla, oprawiona przez Jurka w muzykę lekko zmierzającą w stronę tanga. Tam muzyka jest trochę solistyczna - pojawia się w niej kontrabas, gitara i skrzypce solo... Co ciekawe w tym utworze występuję niejako w roli faceta, ale doskonale się z tym czuję. Pojawi się również utwór z tekstem Marka Wawrzkiewicza - wiersz "Szczęśliwi", który dał tytuł całej płycie. Ma piękny tekst. Wynika między innymi z niego, że nieważne, czy pijemy drinka czy idziemy po plaży - ważne jest to, że jesteśmy ze sobą. Czyje teksty dominują na "Szczęśliwych"?
Nagraliśmy trzy utwory Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Są to bardzo erotyczne teksty, porywające, głównie od strony kobiecej. Jest np. "Zanurzcie mnie w niego" - utwór absolutnie genialny z fantastyczną muzyką. Doskonale wczułam się w tę poezję. Miałam prawie erotyczno-mistyczne doznania, gdy to nagrywałam. Jurek Cembrzyński stwierdził za to, że gdy pisał muzykę do tego wiersza, to jemu się to z erotyką w ogóle nie kojarzyło. Jak więc widać, każdy ma swoje, całkiem odmienne skojarzenia. I niech tak zostanie.
Czy ma Pani plany po wydaniu płyty?
Naturalnie, że mam – realizacja trzech nowych płyt na raz! Następna będzie na pewno z poezją ks. Jana Twardowskiego. Zagraliśmy kilka koncertów i się strasznie podobało. Dodaliśmy nawet gitarę elektryczną, a efekt był powalający.
Sopran, poezja i gitara elektryczna. Lubi Pani muzyczne eksperymenty?
Lubię. Dostałam niedawno propozycję od pewnego rapera, który chce połączyć nasze gatunki. Dla mnie to nie jest profanacja. Oczywiście nie można poprzerabiać arii ze wspomnianej „Toski” czy czegoś równie dramatycznego. Nie chodzi przecież o to, żeby robić z dramatu groteskę. Ale z Mozartem już się bawię - przerabialiśmy arię Cherubina z opery „Wesele Figara” i wyszło fajnie. Ponadto podziwiam Quincy Jonesa - to geniusz aranżacji. Świat go kojarzy oczywiście z Michaelem Jacksonem, ale to, co zrobił z "Mesjaszem" Haendla było absolutnie rewelacyjne. Uwielbiam to dzieło.
Są jakieś sceny, na których chciałaby Pani wystąpić?
Jasne (śmiech). Metropolitan Opera, Covent Garden i La Scala. Czyli te, o których marzy chyba każdy śpiewak. Fantastycznie byłoby tam wystąpić, ale z drugiej strony mam wiele planów z bardzo bogatą polską twórczością, która trafi ze względu na język tylko do odbiorców w naszym kraju.
Rynek polski nie jest chyba jednak szczególnie kuszący. Zawłaszcza porównując z Europą zachodnią czy Japonią...
Nie tyle kuszący, ile dramatycznie słaby. Nie chcę pokazywać palcem kto jest winny. Jednym z problemów jest edukacja, a raczej jej brak - wycofanie zajęć ze szkół uważam za poważny błąd. Media raczej też milczą i ukierunkowując się w stronę muzyki pop, co jest niby zrozumiałe z komercyjnego punktu widzenia, a jednak źle na tym wychodzą. Nie wiedzą, co tracą i jak bardzo się mylą. Ale najważniejszym problemem, po części wynikającym z pierwszych dwóch, jest brak kultury czy nawyku chodzenia na koncerty i na spektakle teatralne. Może sztuka wyższa nie przetrwała walki z rozwojem technicznym? Kiedyś ludzie mówili, że muzyka poważna może być odbierana tylko na żywo. Odpowiedzą na to był płyty winylowe z logo Deutsche Grammophon. Później mówiono, że muzyka poważna nie powinna powstawać na plebejskim CD. Ta to z kolei odpowiedział Herbert von Karajan. Może mp3 jest granicą nie o przeskoczenia? Klasyka przetrwa epokę internetu?
Muzyka poważna wszystko przetrwa. Mp3 nie ma szans - melomani będą kupowali płyty. Tylko muszą być dobrze wydane. Mp3 jest wygodnym formatem, ale tylko gdy traktuje się go doraźnie i zastępczo. Poza tym pliki cyfrowe, zwłaszcza niewiadomego pochodzenia, są dość anonimowe. A ludzie potrzebują gwiazd, takich jak Luciano Pavarotti, Anna Netrebko, Piotr Beczała, Małgorzata Walewska... Nie da się zlikwidować teatrów czy filharmonii - zawsze będzie potrzeba kontaktu widz (słuchacz) - artysta.
Czy Polskę stać na mecenasa pokroju Andrew Carnegie, który zbudował operę?
Nie wiem. Wiem jednak, że Warszawy nie stać na operetkę. Teatr Roma, w którym nie występuję, ale podziwiam, jest teatrem głównie musicalowym. Nie ma tam miejsca na Kalmana, nie ma Lehara, nie ma Straussa. Jest Andrew-Lloyd Webber, co też jest w sumie pozytywne, bo "Upiór w Operze" to przecież strzał w dziesiątkę. Ale operetki jako takiej w Warszawie doświadczyć się nie da. To dość przerażające.
Jaki kraj jest dla Pani modelowym przykładem dobrze funkcjonującego rynku muzyki poważnej?
Japonia. Bez dwóch zdań. Byłam tam cztery razy i zawsze czułam się niezmiernie zaskoczona. Tam na przedstawienie operowe czy koncert symfoniczny przychodzi po trzy - cztery tysiące ludzi... i to nie tylko na Filharmoników Berlińskich. To jest tym bardziej niesamowite, że bilety nie są wcale tanie, a pop kultura też kwitnie. Mówimy o Tokio, ale także o mało znanych miasteczkach. Kilka razy zdarzyło się, że trafiliśmy do jakiejś, wydawałoby się, zapadłej dziury, a tu nagle przed nami wyrastał gigantyczny gmach z fenomenalną akustyką. Poza tym Japończycy chyba chodzą na wszystko, co „europejskie”- są wyedukowani, kochają Chopina, Mozarta, bardzo szanują kulturę... Japonia to muzyczny raj.
Dlaczego nie ma czegoś takiego w Polsce? Rok Chopinowski coś zmieni?
Nie ma tego w Polsce, ponieważ jesteśmy gnuśni, niewyedukowani i nieprzygotowani. W mediach jak wiadomo nie dzieje się pod tym względem nic ciekawego. Mało jest też "pozytywnego snobizmu" a'la wiedeński Koncert Noworoczny. No i brakuje prawdziwego szacunku dla spuścizny kulturowej. Ale zmienimy to, dobrze? (śmiech).
Dziękuję za wywiad.
Dziękuję i ja. Pozdrawiam wszystkich wrażliwych na muzyczną klasykę.
Maria Callas na zawsze związana jest z Sirmione. W tym włoskim kurorcie, każdy jest w stanie pokazać dom, w którym mieszkała Maria Callas, a w miejskim muzeum bardzo często są organizowane wystawy poświęcone tej największej śpiewaczce operowej.
Teatr Muzyczny Roma w Warszawie, uznawany jest za najpopularniejszy teatr musicalowy w Polsce. Najpopularniejsze spektakle to Miss Saigon, Koty i wystawiany obecnie ponownie Upiór w Operze.
Od wielu lat szczególne miejsce w dorobku Warszawskiej Opery Kameralnej zajmuje twórczość Wolfganga Amadeusza Mozarta. Ukoronowaniem tych zainteresowań coroczny Festiwal Mozartowski.
Jan Krzysztof Broja ukończył z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Warszawie. Swoje umiejętności pianistyczne doskonalił pod kierunkiem Jana Ekiera i Wolfganga Hessa.
Hakan Rosengren klarnecista, urodzony w Szwecji, od czasu swego debiutu w 1985 r. grywa recitale i koncerty symfoniczne na całym świecie, wszędzie spotykając się z zachwytem publiczności i krytyki.