Music Arena
POP
ROCK CLUB HIP HOP
Jazz Muzyka Klasyczna
Metal
Click on the slide!

Żywa legenda hard corde w Polsce!

Metal >> News

Show No Mercy wraz z Straight To Your Face prezentuje 29 edycję SNM, podczas której zaprezentują wszystko co najlepsze…

Więcej...
Click on the slide!

Sepultura i Crowbar coraz bliżej

Metal >> News

Show No Mercy oraz Knock Out Productions zapraszają na dwa koncerty żywej legendy pochodzącej z Ameryki Południowej, czyli zespołu…

Więcej...
Click on the slide!

Animowany teledysk Privateer

Metal >> News

Na początku kwietnia premierę miał animowany teledysk do utworu „Origami" zespołu Privateer. Autorką teledysku do utworu "Origami" jest Milena…

Więcej...
Click on the slide!

Shawter (Dagoba): Oprócz dobrego metalu macie również cholernie dobrą wódę!

Wywiady >> Wywiady Metal

O tradycyjnej polskiej gościnności, Manchesterze United i Doktorze Zoidbergu opowiada Shawter, wokalista formacji Dagoba.

Więcej...
Frontpage Slideshow (version 2.0.0) - Copyright © 2006-2008 by JoomlaWorks
Robert Gajewski: Kopia nigdy nie przebije oryginału
piątek, 09 październik 2009

Carnal 

Z Robertem Gajewskim, liderem zespołu Carnal, o nowej płycie, jesiennych koncertach, współpracy z Perłą i o tym dlaczego nie chciałby zagrać przed Metallicą rozmawia Maciej Maląg.

Carnal obchodzi w tym roku okrągłą rocznicę - 10 lat istnienia. Przez ten czas wydaliście tylko dwa regularne albumy - "Undefinable" i "Re-Creation". Nie uważasz, że jest to mało?

Rzeczywiście, dwa albumy w dziesięć lat to nie za dużo. Jednak nie zapominaj, że w 1999 roku, kiedy zakładaliśmy Carnal mieliśmy po 17-18 lat. Pierwsze dwa czy trzy lata zajęło nam budowanie zespołu. To wtedy powstał cały pomysł, koncepcja. Ten czas przeznaczyliśmy na docieranie się i naukę gry. Nie byliśmy bowiem i nie jesteśmy profesjonalnymi muzykami, rozumianymi jako ludzie po szkołach muzycznych, czytający nuty czy partytury. Na samym początku to była po prostu pasja, chęć grania muzyki, której słuchaliśmy i próba zmierzenia się z tym czy sami potrafimy coś stworzyć. Gdy założyliśmy zespół - w wakacje 1999 roku - połowa składu dostała się na studia. Jak wiesz Żuromin, z którego pochodzimy, nie jest miastem uniwersyteckim. Dlatego od października część z nas była w Warszawie, a reszta uczęszczała nadal do szkoły średniej. To był czas telefonów, prób raz na dwa miesiące i rwanej pracy - maile wtedy nie były tak popularne jak obecnie - dziś można teoretycznie nagrać, skomponować płytę nie widząc się z zespołem. Można więc przyjąć, że zespół funkcjonuje normalnie od 7-8 lat.

To i tak daje jeden album na cztery lata...

Zależy jak na to patrzeć. Demo, singiel, "Curse This Day" i dwie płyty. "Curse..." wymieniłem specjalnie osobno. Kiedyś traktowaliśmy to jako regularny album, a dziś cholera wie co to za twór. Wydaliśmy do własnym sumptem, na koncertach rozeszło się tego w ilości około 1500 sztuk, natomiast w 2006 roku na Bałkanach wydano to jako regularny album. Dla mnie prawdziwy debiut był w roku 2007, choć materiał był gotowy w 2005 roku. "Re-Creation" wychodzi więc normalnie - dwa lata po "Undefinable". I mam nadzieję, że tak zostanie. Chronologicznie i rzetelnie rzecz ujmując każdy kolejny materiał ukazywał się co dwa lata.

"Re-Creation", a zwłaszcza jego brzmienie, różni się od poprzedniczki - zabieg celowy czy przez przypadek romansujecie ze stoner rockiem?

Nie jest to w żadnym przypadku zabieg celowy. Nie jesteśmy zespołem, który siada w studio i ustala, że nowy album będzie taki czy taki. W naszym przypadku, uważam, jest to naturalny proces, rozwój. Mój, jako wokalisty i tekściarza, a także każdego z członków zespołu. Album powstawał krótko, bo całość napisaliśmy w pół roku i myślę, że komponowanie przebiegło w sposób bardzo naturalny.

Jak wygląda Wasza praca nad nowym materiałem?

Mamy taki system, że ktoś - głownie gitarzyści Krzysztof oraz Kuba - przynosi na próbą pomysł, prezentuje go, a potem od razu dyskutujemy czy dany riff wchodzi czy nie. Selekcja jest błyskawiczna. Nigdy nie odrzucamy utworów skomponowanych w całości. Nie mieliśmy trzydziestu utworów, z których dziesięć wybraliśmy na "Re-Creation". Ta płyta to po prostu dalsza część rozwoju stylu zespołu i jednocześnie świadectwo ostatniego roku.

"Undefinable" bardziej ciążyło w stronę death metalu, "Re-Creation" jest z kolei bardziej stonowane - nie przeszkadza Wam taki "rozkrok" między bardzo mocną w Polsce sceną death metalową, a innymi gatunkami?

Ależ o to nam właśnie chodzi (śmiech). Robimy to z pełną świadomością i premedytacją. Moją ambicją, podobnie chyba jak każdego muzyka, jest oryginalność. Nie chcę powielać czy kopiować patentów innych zespołów. No, może oprócz tych momentów, gdy w młodości chciałem grać metal a'la Obituary, bo byłem wielkim fanem tego zespołu. Zresztą nadal nim jestem. W Carnal staramy się odrzucać pomysły, które wydają nam się już w jakimś stopniu osłuchane, ograne. Nie chcemy kopiować - muzyka, w ogóle twórczość, ma przekraczać, poszukiwać, dążyć do nowych rozwiązań kompozycyjnych i brzmieniowych. Czy przez to jest trudniej tak grać? Czasami  jest, ponieważ słuchacz lubi te melodie, które wcześniej słyszał - to jest stara zasada, która się nie zmienia i nie zmieni.

Czyli ewolucja za każdą cenę?

Można tak powiedzieć. Zwróć uwagę, że zespoły, które są dla mnie wartościowe, to te, które się cały czas rozwijają. Nie lubię słuchać kolejnej płyty zespołu, który powiela sam siebie. To jest nudne.

Są jednak zespoły, którym zmiana stylu nie grozi - znalazły go dawno temu, a fani wręcz przeżyliby szok, gdyby usłyszeli coś innego...

Jest garść takich zespołów. Należą do nich Aerosmith, AC/DC, Cannibal Corpse, Motorhead, Ale to są kapele, których się słucha, bo to oni zaczęli tak grać, to ich styl i tylko one tak grają. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy gram jak, nie przymierzając, AC/DC czy Motorhead. To byłoby niestrawne. Ludzie chcą słuchać Lemmy'ego, a nie klonu Motorhead. Kopia nigdy nie przebije oryginału. Mi się podoba Metallica, która robi co chce... Z różnym skutkiem co prawda, ale oni nie boją się eksperymentów. Podobnie jak Tiamat. Nowy kompletnie mi się nie podoba, ale jego rozwój był bardzo ciekawy. Innym przykładem niech będzie Anathema, której mam wszystkie płyty - oni w ogóle ewoluują w dziwny sposób. Z kolei w przypadku Paradise Lost ich powrót do korzeni mi się nie podoba. Nie lubię czegoś takiego. Chociaż jak się gra dwadzieścia lat, to można mieć ochotę wrócić do czasów młodości (śmiech).

Czy było w Waszej karierze jakieś wydarzenie, które w znaczny sposób przyczyniło się do tego, że nabrała ona rozpędu? Był jakiś punkt zwrotny, moment kiedy stwierdziliście, że przestaliście być garażowym zespołem? Kiedy poczuliście się muzykami pełną gębą?

Sam nie wiem. Nadal uważam, że przed nami długa droga do „profesjonalizmu”. Natomiast nigdy nie wstydziłem się iść z demówką do radia, czy dziennikarza z prasy drukowanej. Nie obawiałem się konfrontacji ze słuchaczem czy krytykiem muzycznym. Dlatego nie było takiego, nazwijmy to brutalnego, przeskoku między garażem, a tym swoistym "wyższym poziomem". Nie mam też jakiś szczególnych kompleksów jeśli chodzi o nasze stare nagrania. Choć wiadomo, że dawniej wychodziło nam to czasami dość słabo. Teraz zresztą czasami też. (śmiech)

Nagrałbyś jeszcze raz pierwsze demo czy pierwszą płytę?

To trudne pytanie. Waham się jak na nie odpowiedzieć. Na pewno gdybym nagrywał stare utwory w chwili obecnej pozmieniałbym to i owo, poprawił brzmienie, kompozycje, zmienił parę riffów... Z drugiej strony nie wiem czy chciałbym wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Mam też bowiem tę świadomość, że gdy młoda kapela - w tym przypadku również my - wchodzi po raz pierwszy do studia, to nie nagrywa na odpierdol tylko gra na maksimum swoich możliwości. Studio swoje kosztuje i chcesz za te pieniądze uzyskać jak najlepszy efekt. Sądzę, że większość kapel na świecie zupełnie inaczej nagrałaby swoje pierwsze albumy, gdyby dać im jeszcze jedną szansę - wpływ na to miałaby wypadkowa tych pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat ich kariery i doświadczenie, jakie przez ten czas zdobyli. Jednak jestem głęboko przekonany, że gdyby cofnąć się w czasie i ich zapytać co sądzą o tym materiale, to większość z nich stwierdziłaby, że to jest arcydzieło (śmiech).

Wasze demo spełniło swoje zadanie - podpisaliście kontrakt płytowy...

Tak, to było niesamowicie miłe przeżycie. Odpowiadając na Twoje wcześniejsze pytanie, to chyba ten moment zrobił różnicę. Wtedy poczuliśmy, że jesteśmy zespołem. Takim prawdziwym. W 2006 roku podpisaliśmy kontrakt z Ars Mundi. Rozmowy były fantastyczne - pan Mietek Stoch dał nam szansę i uwierzył w nas. Najsympatyczniejsze jest to, że nie potraktował nas jako okazję do zarobienia pieniędzy, tylko jak prawdziwych artystów. Tym bardziej to doceniam, ponieważ wcześniej miał raczej sporadyczny kontakt z metalem - od dwudziestu lat zajmował się głównie progresywnym rockiem. Podczas rozmowy nie mówiliśmy o biznesie tylko o sztuce, muzyce i tekstach. Uwierzył, że płyta dotrze do ludzi. Oczywiście chciał na tym zarobić, ale on jako pierwszy zobaczył nas jako zespół muzyków.

Płyt macie mało, za to za Wami gigantyczna liczba koncertów. Czy któryś wspominasz szczególnie dobrze?

Cholera wie... (śmiech). Gdybym miał wybierać, to wskazałbym na występ, gdzie zagraliśmy nasz pierwszy poważny support. Graliśmy w Warszawie przed Paradis Lost. Zgłosiliśmy się do agencji, która organizowała ten koncert. Jest jednak taki wymóg, że lokalny zespół muszą zatwierdzić muzycy lub management headlinera. I oni nas zaakceptowali. To było miłe - zespół, który wszyscy szanowaliśmy powiedział: "Dobra, oni mogą zagrać". Czuliśmy się podbudowani. Sami muzycy okazali się fajnymi ludźmi. Nick Holmes i Greg Mackintosh są co prawda dość zamknięci w sobie, ale chyba taka jest natura Anglików. Są liderami zespołu - cały czas w trasie, więc się nie dziwiliśmy, że chcą odpocząć. Reszta zespołu jednak przyjęła nas znakomicie - dobrze się razem bawiliśmy (śmiech). Jak widać marzenia się spełniają. Później podobnie było z "In Flames", gdzie również z wielu propozycji Szwedzi wybrali nas na swojego "otwieracza".

"Re-Creation" nagrywaliście w studiu Perły - muzyka znanego m.in. z gry w Guess Why? i Acid Drinkers. Jak Wam się z nim współpracowało?

Bardzo dobrze. Z Perłą chcieliśmy pracować już w 2005 roku, ale nie było nas wtedy na niego stać. Szanuję go jako muzyka i producenta. To był taki mój mały cel, żeby z nim nagrywać. Nie udało się przy "Undefinable" - udało się teraz. On jest bardzo specyficzną postacią. Ogólnie pracowało się gładko. Jeśli chodzi o tarcia, to oczywiście były, ale chodziło nie o muzykę tylko o mentalność (śmiech). Perła jest dla mnie typowym Poznaniakiem - jest bardzo zasadniczy i poukładany. Jak jest umowa, to bardzo dokładnie spisana i realizowana. My zaś reprezentujemy bardziej mazowiecki, tudzież warszawski styl myślenia i czasami mieliśmy problem z porozumieniem się. Wymagało to po prostu większej ilości wypowiedzianych słów, żeby osiągnąć to co każdy z nas miał na myśli.

Mam to publikować :) ?

Pewnie. Przecież on doskonale to wie (śmiech).

Jak wpłynął na Waszą muzykę?

Struktura utworów się nie zmieniła. Za to Perła wpłynął na brzmienie. "Re-Creation" to wypadkowa tego, co my ukręciliśmy z naszych wzmacniaczy plus pomysły Perły. Nie było mnie podczas nagrywania gitar, ale z tego co słyszałem od chłopaków, to był konsensus między ich propozycją, a tym co Perła chciał uzyskać. On ma wyraźne producenckie zapędy i pewnych rzeczy się z nim nie przeskoczy... I choć ja to traktuje jako zaletę, to pewne rzeczy musiały zostać po naszej myśli.

Na przykład?

Mieliśmy kompletnie różne wizje brzmienia bębnów. Z jednej strony chcieliśmy uzyskać prawdziwy, realistyczny sound. Mieć jak najmniej ingerencji komputera. Dla nas liczył się korzenny sygnał. Gdybyśmy grali łagodniej, to byłoby łatwiej uzyskać taki efekt. Z drugiej strony mieliśmy świadomość, że w ciężkim metalu trzeba jednak brzmieć inaczej. Nie do końca w tej kwestii mogliśmy znaleźć wspólny język z Perłą. Koniec końców brzmienie garów to wypadkowa pomysłów Perły i nasza upartość. Zwłaszcza Kuby (Leszko - gitarzysty - przyp. redakcja), z którym miksowaliśmy materiał. Efekt jest więc wspólnym działaniem Perły i naszym.

Czy są jakieś nazwiska w branży, z którymi chciałby współpracować?

Bardzo chciałem pracować  z Perłą i Szymonem Czechem. Udało się, więc jestem zadowolony. Kiedyś chciałem móc nagrywać z Peterem Tagtgrenem, który produkował m.in. Pain i Hypocrisy. Myślałem też o Devinie Townsendzie ze Strapping Young Lad, ale musiałem zejść na ziemię i teraz już nie mam takich zachcianek.

Zespół z którym chcecie zagrać?

Chciałbym zagrać z My Dying Bride. Chociaż powodem są bardziej marzenia z lat młodości niż logika, ponieważ widziałem ich na żywo i niestety wypadli źle. Gdyby racjonalnie dobierać zespoły, to jednym z moich faworytów jest Moonspell. Grają świetne koncerty i trafilibyśmy do podobnej publiczności. Jeśli mam rzeczywiście marzyć to oczywiście Metallica, ale chciałbym, żeby pozostało to jedynie w sferze marzeń. Byłem na ich kilku koncertach i wszystkie bandy, które grały przed nimi wypadły blado. To Metallica gra o odpowiedniej porze, kiedy widać już znakomite światła, efekty pirotechniczne, itp. To po prostu megaprodukcja. Zespoły, które grają przed nimi - nawet jeśli jest to Slipknot czy Machine Head - wypadają słabo. Za każdym razem kiedy zestawisz i porównasz show to będzie totalna przepaść. Chciałbym zagrać z Metallicą, bo szanuję ten zespół, a nie chciałbym właśnie dlatego, że wyszlibyśmy jak dzieci na scenie.

Przestańmy marzyć i zajmijmy się rzeczywistością. Jak wyglądają Wasze najbliższe plany?

Zagramy kilka koncertów na jesieni - w tym ten najbliższy w Warszawie w klubie Proxima 25 października i... zamykamy sprawę. Regularną trasę koncertową planujemy na dwa pierwsze tygodnie marca. Jedziemy wspólnie z m.in. Corruption, który na początku roku też powinien mieć wydany kolejny album. Do tego czasu chcemy żeby nasza nowa płyta miała szansę dotrzeć do ludzi.

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Maląg

Opracowanie: dział METAL

Festiwale muzyki metalowej Galeria
 
Shawter (Dagoba): Oprócz dobrego metalu macie również cholernie dobrą wódę!

O tradycyjnej polskiej gościnności, Manchesterze United i Doktorze Zoidbergu opowiada Shawter, wokalista formacji Dagoba.

[więcej...]
Markus Jüllich (Crematory): "Infinity" to arcydzieło

Crematory

Crematory to jeden z najdłużej istniejących zespołów na gotyckiej scenie metalowej. O najlepszym w dorobku zespołu albumie „Infinity” .opowiada perkusista Markus Jüllich.

[więcej...]
Lostbone: Fanom wszelkich odmian żywych trupów

Z zespołem Lostbone spotkaliśmy się kilka dni po premierze drugiej studyjnej płyty, zatytułowanej "Severance".  O zmianach personalnych, trasie koncertowej i nowych płytach starych zespołów opowiada...

[więcej...]
Parkway Drive - "Horizons"

Resist Records/Epitaph Records

2007

CD

[więcej...]
Chain Reaction - "Cutthroat Melodies"

Kolony Records

2010

CD

[więcej...]
Masachist - Death March Fury

Witching Hour Productions

2009

CD

[więcej...]
BlackSun Tour
Thy Disease

Thy Disease

Thy Disease powstał w 1999 r. z inicjatywy znanego z występów w grupie Crionics gitarzysty Dariusza "Yanuary" Stycznia. Od samego początku formacja grała muzykę z pogranicza black i death metalu.

[więcej...]
Blindead

Blindead

Blindead to jedno z objawień polskiej sceny. Zespół nagrał dwie studyjne płyty, a obecnie promuje najnowszy minialbum zatytułowany "Impulse".

[więcej...]
Naumachia

Naumachia

Naumachia to black metalowa formacja powstała w 1999 r w Wyszkowie. Ma na koncie trzy studyjne albumy oraz udział w festiwalu Metalmania.

[więcej...]